czyli o tym, jak żyć w konkubinacie,wychowywać dzieci i nie zwariować przy tym.
RSS
czwartek, 26 marca 2015

Maluję się, może nie codziennie, ale do pracy zawsze.

Nie wiem, jaki jest tego efekt, gdyż maluję się bez okularów, a bez nich niewiele widzę, a jak je założę, to oczy są za szkłami, które to szkła zmniejszają optycznie, więc nie mogę ocenić, co tam sobie namalowałam. Jedno jest pewne, czuję się znacznie lepiej z makijażem, niż bez. Ale żebym sobie oglądała jakieś szczegóły swojej twarzy, to raczej nie mogę powiedzieć.

No i kilka dni temu zadzwoniła do mnie koleżanka z informacją, że kupiła sobie kosmetyki, ale one ją uczulają i chętnie odda za pół ceny. No cóż, pół ceny robi swoje, więc poprosiłam, żeby mi przesłała linki, to sobie poczytam i zdecyduję.

Przesłała.

Poczytałam.

I...

Wyciągnęłam lusterko, takie, co to ma jedną stronę mocno powiększającą, zsunęłam nieco okulary, bo, gdybym je zdjęła, to zapewne niewiele bym zobaczyła i zaczęłam się przyglądać.

Jak ona, cholera jasna, dopatrzyła się, że mi jakieś serum do kurzych łapek potrzebne???

A wypełniacz zmarszczek???

Tak, na Przyjaciół zawsze można liczyć...

12:32, konkubinakropkapl
Link Komentarze (1) »
sobota, 14 marca 2015

Staś był cały dzień u Dziadków. Wracamy do domu i pytam:

- Stasiu, co było na obiad?

- Zupa.

- A jaka?

- Taka nowa.

Postanowiłam przeprowadzić wywiad:

- Z makaronem, czy bez?

- Bez nie była.

- A marchewka w zupie była?

- Nie.

- A ziemniaki?

- Nie.

- A zielone? - chodziło mi o koperek albo pietruszkę.

- Chyba nie.

- Stasiu, to jaka ta zupa była?

- Taka nowa.

Zwątpiłam - nowa w sensie świeża, czy może takiej jeszcze nie jadł?

Pytam Antka?

- Antek, jaka to mogła być zupa?

A Antek, zupełnie spokojnie, nie zastanawiając się ani chwili:

- Ogórkowa.

Stasiek na to:

- Tak, ogórkowa! Taka nowa.

Faktycznie, jakie to proste. Że też ja na to nie wpadłam.

16:09, konkubinakropkapl
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 05 marca 2015

Antek:

- Mamo, popatrz! Narysowałem park Narodowicza.

Od wczoraj się zastanawiałam, kto to był, ten Narodowicz? Niby nazwisko kojarzę, ale skąd, nie wiem.

Dziś rozjaśniło mi się w mózgu:

- Antek, ten twój park na rysunku, to chyba Narutowicza?

- Aaa, tak. Bo widzisz, mamo, ja jestem taki roztargany, że zapomniałem...

W pierwszym momencie spojrzałam na fryzurę młodego...

 


21:12, konkubinakropkapl
Link Dodaj komentarz »
środa, 04 marca 2015

Do tej pory wydawało mi się, że Antek dobrze odejmuje i dodaje. W końcu to już połowa drugiej klasy. Ale...

W ostatnim czasie pojawiła się w telewizji reklama dinozaura w częściach wydawanego przez National Geographic. Pierwsza część kosztowała niecałe pięć złotych, więc Antek bez problemu przekonał mnie do zakupu, ale w dołączonej ulotce wyczytałam, że całość wyniesie bagatela nieco ponad dwa tysiące i będzie wydawana przez niecałe dwa lata. Załamałam się i poinformowałam młodego, że kupię mu tylko czaszkę. 

Antek podjął jednak negocjacje, a kiedy nie udało mu się starych przekonać do tego, iż dinozaur z National Geographic jest mu do szczęścia niezbędnie potrzebny, spróbował przetrenować argumenty na Babci. Babcia wahała się, wahała, aż w końcu stwierdziła, że również nie kupi. 

Jako, że nasze dziecko jest zafascynowane dinozaurami i było wyjątkowo przybite, że nie dostanie tego modelu, postanowiliśmy zaradzić w jakiś sposób. Zajrzałam na Allegro, znalazłam podobny model za dwieście pięćdziesiąt złotych i oznajmiłam Antkowi, że taki może mu kupię, ale jak Babcia dołoży połowę kwoty i będzie to prezent imieninowo-urodzinowy.

Nie wiem, jakich Antek użył argumentów, nie byłam przy tym, ale gdy przyjechałam po niego do dziadków, Babcia gotowa była wręczyć mi połowę kwoty. Powiedziałam więc:

- Poczekaj, oddasz mi, jak kupię, bo nie pamiętam dokładnie, ile on kosztuje.

Na co Antek:

-Mamo! Dwieście pięćdziesiąt! Wiem, jak możecie się podzielić po połowie: ty zapłacisz sto, a Babcia sto pięćdziesiąt!

Umie chłopak zarządzić budżetem domowym :)

22:07, konkubinakropkapl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 15 lutego 2015

Pisałam już kiedyś, że Mama Konkubenta jest Rosjanką. Od wielu lat mieszka w Polsce, mówi po polsku, choć rosyjskie słowa niekiedy wtrąca.

Kiedy Antek uczył się mówić, prosiliśmy Babcię, by mówiła do niego tylko po rosyjsku. Nie zgodziła się, argumentując, że się małemu języki pomieszają. Nie pomogły przykłady, naukowe opracowania, Babcia się zawzięła i Antek umie tyle, ile mimochodem usłyszał.

Do Staśka też Babcia mówi po polsku. Ale dzieciak jest cwany i Babcię przyłapał na obcych słowach.

Babcia do Staśka:

- Powiedz "dobrze"!

Staś:

- OK.

Babcia:

- To powiedz "haraszo".

Staś, po chwili zastanowienia:

- Da.

I pokazał Babci, jak elegancko języki odróżnia.


13:23, konkubinakropkapl
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 lutego 2015

U lekarza byłam w tym tygodniu, a właściwie u kilku w jednym dniu. Nie, żebym zachorowała, pracę zmieniłam i ustawodawca wymaga, mimo iż ciągłość zatrudnienia zachowałam, bym od nowa się przebadała, czy mogę przy komputerze pracować i samochód prowadzić. Nadmieniam, że prawo jazdy nadal mam. I nadal, jak na swój wiek, czuję się nieźle. Przy komputerze też.

Pojechałam więc na czternastą do przychodni, stanęłam grzecznie w kolejce wśród tych, którym ustawodawca też nakazał i czekam. Pierwszy neurolog chciał mnie obejrzeć. Tak, dosłownie - OBEJRZEĆ.

Weszłam do gabinetu, a sympatyczny pan doktor, lat około pięćdziesięciu, uśmiechając się jakoś dziwnie, mówi:

- Proszę się rozebrać i pozostać w bieliźnie.

Myślałam, że żartuje, więc też się zaczęłam uśmiechać. A on to samo:

- Proszę się rozebrać i pozostać w bieliźnie.

Zaczęłam się głupio uśmiechać, nawet bardzo głupio i zapytałam:

- A po co?

- Do badania - odpowiedział.

No cóż, niechęci do rozbierania się u lekarzy różnych specjalizacji raczej nie mam, dwa porody przeżyłam, ciało ludzkie mi nie obce, zwłaszcza własne, ale tym razem wiele bym dała, by pozostać chociaż w spodniach. Już nawet górnej części bielizny bym się bez oporów pozbyła, ale spodnie na dupie miały być.

A wszystko przez to, że kiedy się ubierałam do wyjścia z domu, oceniłam, że na dworze raczej zimno jest. Postanowiłam więc, że pod spodnie rajtuzki sobie założę. A że ostatnio mi się trochę przybrało, to wygrzebałam z dna szuflady takie ciążowe, co mi się po ciąży Stasiowej zostały. Co za rewelacja, wygoda, komfort noszenia! Dwa eleganckie kliny - jeden z przodu, według producenta na brzuszek ciążowy, według mnie na nieco wzdęty brzuszek tłuszczykowy, drugi z tyłu, tu nie wiem, jaki był zamysł pierwotny, ale ja już doskonale wiedziałam, co tam umieszczę, gdy owe rajtuzki wciągnę. W ciąży jednakże dość dawno byłam, więc rajtuzy również nie najnowsze i gdy wkładałam lewą nogę, to mi się ogromna dziura zrobiła. Tak między pośladkiem i kolanem, z tyłu. Ale nie zmieniłam ich, bo po pierwsze - kto by mnie miał oglądać, po drugie - późno było, no i najważniejsze - drugich, tak wspaniale dopasowanych do mej sylwetki, nie miałam.

No i stoję ja tak u tego neurologa, on mi do badania każe się rozbierać, a ja nie wiem, czy rajtuzy to bielizna, w której mam pozostać, czy nie? 

Gdy zdjęłam spodnie, to on do mnie, żebym w rajtuzach została. Nie pozostało mi nic innego, jak tylko przodem się do niego ustawiać. Próbowałam. Obracałam się, odsuwałam. Nic to. Obszedł mnie dookoła i mam wrażenie, że miał niezły ubaw.

Teraz właściwie nie wiem, po co on mi się kazał rozebrać. W brzuch mógł mi popukać bez rozbierania, w kolana też. A równowagi i tak bym nie utrzymała stojąc na środku gabinetu ze stopami ustawionymi jedna przed drugą, z rękoma wyciągniętymi przed siebie i z zamkniętymi oczami, niezależnie od odzieży.

Jedno jest pewne, musiałam wyglądać idiotycznie. 

Na koniec pan doktor stwierdził:

- Ale nie wiem, czy może pani samochodem jeździć, bo równowagi pani nie utrzymuje.

Właściwie było mi już wszystko jedno, więc odparłam:

- Ale ja z reguły z zamkniętymi oczami nie jeżdżę, że nie wspomnę już o stopach tak ustawionych. A w samej bieliźnie, zwłaszcza takiej, to mi się panie doktorze chyba nigdy nie zdarzyło!

Popatrzył na mnie jakoś dziwnie i odpowiedział:

- Mówi pani, że chyba nigdy? To zmienia postać rzeczy.

I z tym swoim dziwnym uśmiechem wpisał, że mogę pracować.

A dziś wyrzuciłam wszystkie podarte rajstopy. Nigdy nie wiadomo, kiedy się człowiek będzie musiał rozebrać...

22:33, konkubinakropkapl
Link Komentarze (1) »
środa, 04 lutego 2015

Konkubenta Mama jest Rosjanką.

Wyciągnął ostatnio Konkubent dyplom ukończenia studiów. No cóż, dyplom ma około 25 lat, Konkubent znacznie więcej, więc nie ma co się dziwić, że zaśmiewaliśmy się do łez oglądając zdjęcie pana magistra.

Kiedy Antek wrócił ze szkoły, pokazałam mu dyplom i mówię:

- Patrz Antosiu, to jest twój tata.

- Mamo, to nie jest tatuś!!!

Konkubent potwierdził:

- Antosiu, to ja jestem.

- Tato, to nie ty!!! To przecież jakiś Rosjanin!

Po raz kolejny rzuciłam okiem na zdjęcie i już nie mogłam się powstrzymać:

- Wiesz, gdybym cię wtedy poznała, to my raczej nie mielibyśmy dzieci...

No cóż. Zdjęcie do dyplomu to mi Konkubent robił, ale obawiam się, że gdyby zobaczył zdjęcie na świadectwie maturalnym, to też nie byłby za bardzo chętny... 



21:22, konkubinakropkapl
Link Komentarze (1) »
sobota, 24 stycznia 2015

Abnegatem w dziedzinie ubioru to Konkubent raczej nie jest, ale stroje eleganckie są mu raczej obce. W garniturze widziałam go w ciągu ostatnich dwunastu lat może kilka razy, a w marynarce założonej do dżinsów pewnie kilkanaście. No i oczywiście musiała to być jakaś szczególna okazja.

I właśnie ostatnio taka okazja się nadarzyła.

Stanął Konkubent w przedpokoju w lnianej jasnej marynarce. Stasiek, jak go zobaczył, zakrył usta dłonią, a z oczu można było wyczytać zdziwienie, jakby ojciec co najmniej strój Zorro przyodział. Natomiast Antek, z racji tego, że posiada pełną zdolność słownego wyrażania myśli, odpalił:

- Tatusiu, czy ty masz romans?

Uważajcie dziewczyny! Facet w marynarce nie wróży nic dobrego...



13:59, konkubinakropkapl
Link Komentarze (2) »
czwartek, 15 stycznia 2015

- Mamo, masz komputer włączony - zawołał Antek, kiedy weszliśmy do domu przyjechawszy we wspaniałych nastrojach ze Szkoły Muzycznej, gdzie młody zaliczył kolejne - już piąte, ooo Boże - półrocze na piątkę.

- Najwidoczniej zapomniałam wyłączyć, kiedy wychodziłam - odpowiedziałam.

- Mogę coś obejrzeć w internecie?

- A co by to miało być?

- Oj, zapomniałem... Coś o zwierzętach chyba chciałem zobaczyć.

Myśli, myśli i myśli i w końcu woła:

- Wiem mamo!!! Film o Szopenie chciałem obejrzeć!

Ładne mi zwierzęta.

21:45, konkubinakropkapl
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 11 stycznia 2015

Zazwyczaj piszę na inne tematy, ale dziś zupełnie na poważnie.

W piątek wróciłam z pracy bardzo zmęczona. Tak, wiem, to żadne usprawiedliwienie, ale tak mi chyba łatwiej.

Kiedy Antek był bardzo malutki, naczytałam się dużo na tema zadławień, zachłyśnięć, a moja serdeczna koleżanka Dorota - będąca położną - poinstruowała mnie, jak w takich wypadkach postępować, jak dziecku pomóc, więc czułam się  bezpieczna. Byłam chyba nadopiekuńczą mamą, bo bardzo długo bałam się podać Antkowi chociażby maleńką tabletkę do połknięcia, pamiętając o tym, co przytrafiło się córce Ewy Błaszczyk.

Myślę, że przy drugim dziecku tracimy czujność. Wydaje nam się, że skoro z pierwszym wszystko poszło praktycznie bez zarzutu, to z drugim może być już tylko lepiej. A jednak tak nie jest.

W piątek Antek wrócił z basenu lekko pokasłując, tak, jakby coś drapało go w gardle. Wyciągnęłam z apteczki pastylki szałwiowe do ssania  i dałam mu jedną. Po chwili przyszedł Staś i powiedział:

- Ja teź chcię.

I jemu też dałam.

Staś stał przy mnie, kiedy wysypywałam kruszonkę na ciasto drożdżowe i w pewnej chwili zauważyłam, że usiłuje coś połknąć, ale nie może. Po chwili zrobił się czerwony na buzi i zaczął przeraźliwie płakać, próbując coś odkrztusić. Dławił się pastylką do ssania. Jak w amoku przypominałam sobie wszystkie znane w teorii sposoby pomocy, bezskutecznie próbowałam coś zrobić, w końcu nie wiedziałam, czy biec po sąsiada, bo sama nie potrafiłam odpowiednio mocno ucisnąć brzuszka Stasia, czy dzwonić po karetkę, a może sama brać małego pod pachę i jechać na pogotowie. Wszystko trwało dwadzieścia, może trzydzieści sekund, a dla mnie wieczność. Całkowita bezsilność. W głowie kwitła mi jedna myśl: czy zdążę? Ale przed czym, nie wiem.

Staś jest silny, sam odkrztusił pastylkę i wypluł.

Nikomu nie życzę, by trzymał na ręku niespełna trzyletnie dławiące się dziecko. Moja bezmyślność, kiedy dałam mu tę pastylkę, połączona pewnie z niechęcią do dyskutowania z małym, dlaczego nie może jej dostać, kosztowała mnie wiele i bardzo wiele mnie nauczyła. Wolę jak najdłużej być matką nadopiekuńczą.

Tak ku przestrodze.

 

PS. Dziękuję Ola, że wtedy do mnie przyszłaś.



 



18:57, konkubinakropkapl
Link Komentarze (1) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
| < Lipiec 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31          
Zakładki:
Blog Roku 2013
Http://barbarella.blog.pl/
Http://mim.blox.pl/html
Http://www.blogpartyzancki.pl/
Http://www.matkasanepid.pl

Blog bierze udział w konkursie